Ubezpieczenia

Koszty kredytu – na czym zarabiają banki?

//////

Każdy kredytobiorca przystępując do umowy z bankiem lub innym podmiotem finansowym musi mieć świadomość, że kredyt stanowi produkt, na którym kredytodawca chce zarobić – podobnie jak piekarz na sprzedaży chleba, czy fryzjer na wykonaniu fryzury. Owszem, tak jak każdy inny przedsiębiorca, kredytodawca może mieć lepszą lub gorszą ofertę, bardziej lub mniej zachęcać do współpracy reklamą lub osobowością pracowników, ale wszystkich łączy jedno – chęć zysku, a przynajmniej pokrycia kosztów działalności kredytowej. W tej kwestii mogą pojawić się spory ideologiczne i praktyczne: w jaki sposób wycenić produkt jakim jest kredyt? Z jakich środków można przy tym korzystać? Co może stanowić cenę kredytu? Czy kredytodawcy mają całkowitą dowolność w celu ustalenia cen oferowanych produktów?

W jaki sposób kredytodawcy zarabiają na kredytowaniu naszych potrzeb?

Odpowiedź na to pytanie znajduje się wprost w ustawie Prawo bankowe. Zgodnie z art. 69 ust. 1 tej regulacji, przez umowę kredytu bank zobowiązuje się oddać do dyspozycji kredytobiorcy na czas oznaczony w umowie kwotę środków pieniężnych z przeznaczeniem na ustalony cel, a kredytobiorca zobowiązuje się do korzystania z niej na warunkach określonych w umowie, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu.

Z ustawowej definicji umowy kredytu wynika zatem, iż na podstawie takiego stosunku kredytodawca prócz kwoty użyczonego nam kapitału może domagać się także odsetek oraz prowizji. Są to najczęściej spotykane źródła zysku dla kredytodawców (a dla nas źródła kosztów).

Odsetki

Odsetki liczone są od wysokości użyczonego kapitału. Stanowią chyba najbardziej znany wszystkim kredytobiorcom koszt kredytu. Z naszego doświadczenia wynika, że większość kredytobiorców – nawet nie do końca mających dobre rozeznanie w kwestiach finansowych – patrzy na tę wartość. Dawniej zdarzało się, że sięgały one astronomicznych wysokości – 30% w skali roku, 60% i więcej, co nie było wcale rzadkim zjawiskiem na rynku finansowym.

Praktyki te zostały jednak ukrócone wejściem w życie nowelizacji kodeksu cywilnego (poprzez wprowadzenie tzw. ustawy antylichwiarskiej w 2006 r.) i uregulowaniem kwestii odsetek maksymalnych.

Początkowo maksymalna wysokość odsetek wynikających z czynności prawnej nie mogła w stosunku rocznym przekraczać czterokrotności wysokości stopy kredytu lombardowego Narodowego Banku Polskiego. W 2016 r. uległo to kolejnej zmianie, która jest aktualna do dziś. Maksymalna wysokość odsetek nie może przekraczać w stosunku rocznym dwukrotności wysokości odsetek ustawowych, tj. równych sumie stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego i 3,5 punktów procentowych. Obecnie jest to 8%. 

Prowizja

Obostrzenia na gruncie odsetek spowodowały, że kredytodawcy zaczęli poszukiwać innych form zysku z oferowanych produktów finansowych. Elastycznym mechanizmem okazały się tu prowizje.

Prowizje mogą przybierać różne formy. Najczęściej analizując umowy klientów spotykamy prowizje przygotowawcze, operacyjne, prowizje dla pośrednika, prowizje nazywane opłatami za udzielenie kredytu, opłaty administracyjne… Nazwy tych prowizji można by było mnożyć – właściwie każdy kredytodawca stosuje inną terminologię w tym zakresie. Prowizje różnią się nie tylko nazwą, ale także charakterem. Mogą być naliczane w formie jednorazowej opłaty, ale również są pobierane przez cały okres trwania kredytu (np. prowizja naliczana jest przy spłacie każdej raty). Czasem odzwierciedlają faktycznie ponoszone przez kredytodawców koszty związane z zawarciem umowy, a częściej mają charakter ryczałtowy (stanowią procent od udzielonego kapitału kredytu). Zdarza się nawet, że prowizja nie ma obiektywnego miernika, tj. znany jest on wyłącznie kredytodawcy.

Duża swoboda w generowaniu kosztów kredytu ustalonych jako prowizja dały niestety duże pole do nadużyć. Kredytodawcy chcąc zastąpić czymś starty związane z ograniczeniem zysku z odsetek, zaczęli generować wysokie prowizje za skorzystanie z oferowanych produktów finansowych. Często zgłaszają się do nas klienci, którzy pożyczając 10.000 zł raptem obowiązani są do zwrotu 20.000 zł i to nie licząc odsetek!  Zdarza się również tak, że klienci pożyczając kwotę 1.000 zł zostali obciążeni prowizją liczącą dwa razy tyle.

Jak na razie brak jest regulacji mogących całkowicie wyeliminować takie praktyki kredytodawców. Ustawodawca wprowadził pewne ograniczenia w tym zakresie w ustawie o kredycie konsumenckim, jednakże nie dotyczą one wszystkich kredytobiorców (z ochrony mogą korzystać tylko nie-przedsiębiorcy).

Co więcej, art. 36a ukk wprowadza jedynie ograniczenie wysokości prowizji (które i tak mogą być na gruncie tej regulacji wysokie i wynosić nawet drugie tyle co kapitał), jednakże nie odnosi się w żaden sposób do tego, czy kredytodawca musi w jakiś sposób uzasadniać wysokość żądanych pozaodsetkowych kosztów kredytu.

Nie sposób zaakceptować takiego stanu rzeczy. Kredytobiorcy uważają bowiem, że dopóki pozostają w granicach wyżej wskazanej regulacji to nie muszą w żaden sposób tłumaczyć się z żądanych opłat. Klienci obciążani są zatem wysokimi kosztami, których źródła tak na dobrą sprawę nie znają i poddani są dobrej lub złej woli kredytodawcy. Wypacza to istotę wprowadzenia ustawy o kredycie konsumenckim – regulacja ta miała bowiem za zadanie chronić konsumentów przed dowolnymi praktykami instytucji finansowych.

Czy uważasz, że poniosłeś rażąco zawyżone koszty związane z udzieleniem kredytu? Zapraszamy do kontaktu
>>>Kontakt<<<

Czy to wszystko, jakimi jeszcze kosztami obciążają nas banki?

Odsetki i prowizja to w dalszym ciągu za mało dla niektórych kredytodawców. Zwłaszcza, gdy cały czas depcze im po piętach ustawodawca, ograniczający swobodę w ustalaniu kosztów kredytu, a tym samym ograniczający zysk. Kreatywność kredytodawców powoduje zatem powstawanie nowych, nieznanych dotąd mechanizmów generujących dodatkowe koszty dla kredytobiorców.

Tak też powstają dodatkowe produkty, które kredytodawca uznaje za niezbędne do finalizacji umowy kredytu. Bank potrafi na gruncie umowy kredytu stać się agentem ubezpieczeniowym i zobowiązać do zawarcia „świetnej” umowy ubezpieczenia spłaty kredytu (którego warunków klienci nawet nie zobaczą na oczy). Może mieć też w swojej ofercie „niezbędne” pakiety usług zezwalające za „korzystną” cenę odroczyć spłatę raty kredytu, obniżenie raty, czy refinansowanie umowy. Spotkaliśmy się nawet z umowami, gdzie za astronomiczną opłatą kredytobiorca prócz kredytu miał otrzymać pakiet pomocy prawnej, jednak umowa nie regulowała w jaki sposób można będzie skorzystać z tych usług. Zawierając umowę kredytu warto więc pamiętać po co zwróciliśmy się do kredytodawcy i uważać na dodatkowe odpłatne propozycje, do których jesteśmy zachęcani przy tej okazji.

Są także tacy kredytodawcy, którzy zamiast generować fikcyjne potrzeby klientów chcących zawrzeć umowę kredytu i zaspokajać je na gruncie tej samej umowy, rzeźbią na prostym mechanizmie odsetek i prowizji. Jednym z przykładów takiej praktyki jest powszechnie spotykane naliczanie odsetek od kredytowanych kosztów kredytu. Kredytobiorca nie dość, że zostaje obciążony kosztem kredytu  np. w postaci prowizji, to bank nalicza jeszcze koszty od takich kosztów w postaci odsetek. O tym mechanizmie będzie mowa jednak w kolejnym wpisie.

Uwaga!
Czy w Twoim kredycie pojawiły się koszty, które Twoim zdaniem nie powinny się tam znaleźć? Jeżeli tak zapraszamy do kontaktu. Bezpłatnie przeanalizujemy Twoją umowę kredytową
>>>Kontakt<<<

Historii Pana Tomasza ciąg dalszy…

/

Poprzednim wpisem rozpoczęłam opowieść o losach sądowej batalii poszkodowanego tzw. opłatą likwidacyjną, której potrącenie przez ubezpieczyciela w znacznym stopniu pomniejszyło kwotę zgromadzonych przez niego środków na tzw. polisolokacie.

Sąd rozpoznający tę sprawę, po przeprowadzeniu postępowania dowodowego, zwłaszcza zaś po dokonaniu szczegółowej analizy treści dokumentów, powołanych jako dowody w sprawie, ustalił, że ogólne warunki ubezpieczenia, stanowiące integralną część w/w umowy, co prawda zostały Panu Tomaszowi doręczone przed jej zawarciem, jednakże nie były przedmiotem jakichkolwiek indywidualnych z nim uzgodnień.

Powyższe ustalenie Sądu nie przesądziło jednak definitywnie o końcowym rozstrzygnięciu tej sprawy, albowiem Sąd musiał zbadać jeszcze, czy postanowienia dotyczące możliwości naliczenia oraz pobrania przez ubezpieczyciela przedmiotowej opłaty można zakwalifikować jako postanowienia, określające główne, zasadnicze świadczenia stron, właściwe poszczególnym rodzajom umów, a w analizowanym przypadku właściwym umowie ubezpieczenia, nadto zaś, czy zostały one sformułowane w sposób jednoznaczny.

Gdyby bowiem Sąd doszedł do takiego przekonania nie miałaby zastosowania reguła, określona w zdaniu pierwszym przepisu § 1 art. 385 1 KC (link do przepisu – wpis opublikowany na blogu dnia 08.12.2016 r.), na którą, dla uzasadnienia żądania zwrotu nienależnie pobranej opłaty likwidacyjnej, powoływał się Pan Tomasz w pozwie.

W tym konkretnym przypadku, po gruntownej weryfikacji treści przedmiotowej umowy i ogólnych warunków ubezpieczenia, Sąd zważył jednak, że postanowień umowy w zakresie obowiązku zwrotu kosztów przedwczesnego jej rozwiązania, ciążącego na Panu Tomaszu względem pozwanego towarzystwa, nie sposób uznać za te, określające główne świadczenia stron, do których, co do zasady i w dużym uproszczeniu, zaliczyć należy z jednej strony zapłatę umówionej składki ubezpieczeniowej, z drugiej zaś wypłatę określonego świadczenia w związku z zajściem przewidzianego w umowie zdarzenia.

Powyższe doprowadziło ów Sąd do wniosku, że tzw. opłata likwidacyjna, która de facto została pobrana przez ubezpieczyciela od Pana Tomasza, mogłaby zostać uznana za główne świadczenie stron w przypadku, gdyby zobowiązanie do jej pokrycia zostało niejako zawarte w obowiązku zapłaty odpowiedniej składki ubezpieczeniowej, co jednak nie miało miejsca w analizowanych okolicznościach faktycznych i prawnych.

Co za tym idzie, wobec odmowy uznania przedmiotowych postanowień umowy za te, określające główne świadczenia stron, jak i stwierdzenia, iż nie zostały one indywidualnie uzgodnione z Panem Tomaszem, mając na względzie charakter owych zapisów umownych, który naruszał jednak w sposób rażący jego interes jako konsumenta, pozostając w sprzeczności z dobrymi obyczajami, Sąd uznał, iż nie wiążą one Pana Tomasza jako słabszej strony tej umowy.

Powyższe, zdaniem Sądu, doprowadziło do potrącenia przedmiotowych kosztów z kwoty środków, przeznaczonych do wypłaty, bez podstawy prawnej po stronie pozwanego towarzystwa, co uzasadniało w gruncie rzeczy uwzględnienie powództwa Pana Tomasza.

Mam nadzieję, że historia Pana Tomasza udowodni Czytelnikom tego wpisu, że nie należy rezygnować z walki o gromadzone w ramach tzw. polisolokaty oszczędności.

Polisolokaty – czyli historia, jakich wiele….

/

 

Celem niejako „zilustrowania” moich poprzednich tekstów dzisiejszym artykułem przedstawię Wam Drodzy Czytelnicy sprawę jednej z osób dotkniętych problemem tzw. opłaty likwidacyjnej przy przedwczesnym rozwiązaniu umowy polisy na życie, zawartej z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, która została rozstrzygnięta wyrokiem jednego z warszawskich sądów (Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa w Warszawie, sygn. akt I C 4179/15).

Dla ułatwienia lektury tego wpisu przyjmijmy, że Pan Tomasz wystąpił przeciwko jednemu z czołowych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce z pozwem o zapłatę kwoty 2.905,50 zł wraz z ustawowymi odsetkami, jak również o zasądzenie kosztów procesu.

W toku w/w postępowania sądowego Pan Tomasz domagał się zasądzenia na swoją rzecz od pozwanego wskazanej powyżej kwoty tytułem zwrotu nienależnie pobranej, jego zdaniem, przez ubezpieczyciela, opłaty z tytułu wcześniejszego rozwiązania umowy tzw. polisolokaty.

W treści pozwu wskazał, że postanowienia umowy oraz ogólnych warunków ubezpieczenia, stanowiących jej integralną część, uprawniające ubezpieczyciela do naliczenia, a następnie potrącenia z kwoty środków, przewidzianych do wypłaty w związku z wcześniejszym, niż zakładano na postawie w/w umowy,  jej rozwiązaniem, stanowią niedozwolone postanowienia umowne, o których mowa w treści przepisu art. 385 1 § 1 KC, ponieważ rażąco naruszają jego interesy, kształtując jego prawa i obowiązki w sposób niezgodny z dobrymi obyczajami, przede wszystkim zaś dlatego, że nie były z nim, jako konsumentem, indywidualnie uzgodnione.

W odpowiedzi na pozew pozwane towarzystwo wniosło o oddalenie powództwa Pana Tomasza i zasądzenie na swoją rzecz kosztów procesu, przecząc twierdzeniu, że postanowienia umowne, opisane powyżej, stanowią niedozwolone postanowienia umowne. Pozwany podniósł także, że naliczona przez niego i pobrana opłata odpowiada rzeczywistym kosztom realizacji umowy oraz przedwczesnej likwidacji tzw. polisolokaty, wobec czego nie podlega zwrotowi.

Jaki był finał tej historii dowiecie się w kolejnym wpisie.

Czas na polisolokaty

/

„Polisolokata”… czyli jeden z „cudownych” produktów finansowych naszych czasów, zwany niekiedy „planem systematycznego oszczędzania” przez pracowników banków, czy towarzystw ubezpieczeniowych.

W rzeczywistości zaś, w wielu przypadkach, plan gwarantowanej wręcz straty.

Skąd zatem wynika rozbieżność między generalnym założeniem regularnego powiększania zgromadzonego przez nas kapitału, a efektem końcowym w postaci naszego rozczarowania i poczucia oszukania?

Otóż nie bez kozery mawia się przecież, zwłaszcza w środowisku prawniczym, iż „diabeł tkwi w szczegółach”.

Owym niezwykle ważnym szczegółem w przypadku problemu tzw. polisolokat, a więc umów ubezpieczeniowych, stanowiących niejako połączenie polisy na życie i lokaty, są ich postanowienia, w tym postanowienia ogólnych warunków umów, stanowiących zwykle ich integralną część.

Dzisiejszym wpisem rozpoczynamy cykl artykułów, poświęconych tej tematyce, jako złożonemu, wielowątkowemu  i dość powszechnemu problemowi prawnemu w szeroko pojętym obrocie gospodarczym, w którym interesy konsumenta, jako słabszej strony umowy, częstokroć zostały narażone lub naruszone, a równowaga kontraktowa Stron znacząco zachwiana.

W istocie rzeczy problem tzw. polisolokat sprowadzić można do potencjalnej możliwości  wykorzystania w przyszłości nieświadomości konsumenta, który, decydując się na zawarcie umowy polisy lokacyjnej, w wielu przypadkach, nie jest prawidłowo informowany o ryzyku finansowym, jakie w ten sposób podejmuje i konsekwencjach przedwczesnego rozwiązania zawieranej przez niego umowy.

Obietnice gwarantowanego zysku zwykle kuszą konsumenta, który w zaufaniu do informacji, udzielanych przy zawieraniu umowy, popartych wielokrotnie wizualizacją jego systematycznego wzbogacenia w przyszłości, w postaci choćby wykresu wzrostu wartości ulokowanych przez niego środków pieniężnych, z reguły traci z „pola wiedzenia” kwestie poboczne, choć zdecydowanie nie mniej istotne, jak chociażby warunki wcześniejszego rozwiązania umowy i związane z tym koszty.

Kosztem, o którym mowa powyżej, jest z reguły tzw. opłata likwidacyjna, którą pobiera się w związku z przedwczesnym rozwiązaniem umowy i która analogicznie pomniejsza kwotę przewidywanej wypłaty środków pieniężnych na rzecz konsumenta.

W zastrzeżeniu umownym dotyczącym możliwości pobrania w/w opłaty w ściśle określonych przypadkach nie byłoby nic dziwnego ani też nadzwyczajnego, stosownie do obowiązującej w prawie polskim zasady swobody umów, gdyby nie praktyka pobierania opłat likwidacyjnych w związku z likwidacją polisolokaty w wysokości odpowiadającej zwykle mniej więcej trzem czwartym kwoty, przewidywanej przez konsumenta, wypłaty.

Powyższe stawia pod znakiem zapytania zasadność, w tym cel społeczno – gospodarczy, zawierania przez konsumentów tego rodzaju umów, jeśli zaś chodzi o zawarte już umowy koniecznym czyni podjęcie wszelkich kroków prawnych, celem ochrony interesu prawnego osób, które „nabrały się” na te przysłowiowe „złote góry”.

Każda sytuacja jest inna, podobnie, jak postanowienia każdej umowy, tym niemniej pamiętać należy, że z reguły nie ma sytuacji „bez wyjścia”…, o czym opowiem Czytelnikom w kolejnych wpisach.